
Trzy noce na Powidzkim i jeden karp, który wszystko zmienił
Pojechałem na dwie noce, zostałem trzy. Woda była przejrzysta jak szkło, ryby ostrożne, a wszystko rozegrało się w ostatnich czterdziestu minutach.
Na Powidzkie jeżdżę od dwudziestu lat i wciąż potrafi mnie zaskoczyć. W tym roku woda opadła o dobre pół metra, przez co krawędź, na której zawsze łowiłem, przesunęła się o kilkanaście metrów dalej. Pierwszy wieczór zszedł mi więc na markerowaniu dna zamiast na łowieniu.
Rozstawiłem się w zatoce od strony Przybrodzina, tam gdzie trzcinowisko wchodzi najdalej w wodę. Dwie wędki na krawędź, jedna tuż przy trzcinach. Zanęciłem oszczędnie — dwa kilogramy kulek i garść kukurydzy na każde stanowisko.
Pierwsza noc: cisza
Nic. Ani jednego pisknięcia. O trzeciej nad ranem wyszedłem z namiotu sprawdzić, czy sygnalizatory w ogóle działają. Działały. Ryby po prostu nie było tam, gdzie ją założyłem.

Zmiana miejsca
Rano przepłynąłem łódką wzdłuż brzegu z echosondą i znalazłem to, czego szukałem: twarde, żwirowe dno na głębokości czterech metrów, jakieś siedemdziesiąt metrów od stanowiska. Przeniosłem wszystkie trzy wędki i zanęciłem mocniej.
- Zestaw: włos 18 mm, kulka truskawkowa z popupem
- Przypon: 25 lb w otulinie, długość 22 cm
- Ciężarek: 100 g, system bezpieczny
- Zanęta: 4 kg kulek + kukurydza, podane rakietą
Druga noc też była pusta, ale rano zobaczyłem pierwszą rybę wyskakującą dokładnie nad zanętą. To zmieniło wszystko — wiedziałem już, że są.
Ostatnie czterdzieści minut
Miałem zwijać o siódmej. O 6:18 poszedł sygnalizator na środkowej wędce i przez dwadzieścia minut byłem pewny, że zaczepiłem o pień. Dopiero kiedy ryba wyszła na powierzchnię trzydzieści metrów ode mnie, zrozumiałem, z czym mam do czynienia.
Nie ma znaczenia, ile karpi się złowiło. Zawsze jest ten jeden, przy którym ręce trzęsą się tak samo jak za pierwszym razem.

Ryba wróciła do wody po trzech minutach na macie. Zdjęcie, pomiar, kilka sekund w płytkiej wodzie na złapanie równowagi i odpłynęła spokojnie. Tak to powinno wyglądać.
Czytaj dalej
Inne wypady

Zanęta na sierpień: co u mnie działa, a co przestało
Po dwudziestu latach mam już swoje przyzwyczajenia. Kilka z nich w tym roku musiałem zweryfikować — woda jest cieplejsza niż kiedyś.

Amur z rozlewiska, czyli jak zmarnować cztery godziny i nie żałować
Brodzenie po pas w mule, komary wielkości wróbla i jedna ryba, która zerwała mi dwa zestawy, zanim dała się wyprowadzić.

Pierwsza dwudziestka sezonu przyszła w najgorszą pogodę
Padało od rana, ciśnienie spadało, a wszyscy mądrzy ludzie siedzieli w domu. Czasem warto być tym niemądrym.
