
Amur z rozlewiska, czyli jak zmarnować cztery godziny i nie żałować
Brodzenie po pas w mule, komary wielkości wróbla i jedna ryba, która zerwała mi dwa zestawy, zanim dała się wyprowadzić.
Rozlewisko Warty pod Śremem to nie jest miejsce dla ludzi, którzy lubią wygodę. Żeby dojść do stanowiska, trzeba przejść dwieście metrów przez podmokłą łąkę, a potem jeszcze wejść do wody po pas.
Ale amury są tutaj takie, jakich nie widziałem nigdzie indziej w Wielkopolsce. Chodzą pod samą powierzchnią, przy krawędzi trzcin, i jedzą wszystko, co spadnie im przed nos.
Metoda: nic skomplikowanego
Trzy ziarna kukurydzy na włosie, żadnego ciężarka, przypon puszczony luźno z prądem. Cała sztuka polega na tym, żeby podać zestaw tak, żeby wyglądał jak kukurydza, która sama wpadła do wody.

Pierwsze dwa zestawy poszły w trzciny razem z rybą. Trzeci wytrzymał, ale walka trwała dwadzieścia minut i skończyła się tym, że musiałem wejść do wody po szyję z podbierakiem.
Czytaj dalej
Inne wypady

Zanęta na sierpień: co u mnie działa, a co przestało
Po dwudziestu latach mam już swoje przyzwyczajenia. Kilka z nich w tym roku musiałem zweryfikować — woda jest cieplejsza niż kiedyś.

Trzy noce na Powidzkim i jeden karp, który wszystko zmienił
Pojechałem na dwie noce, zostałem trzy. Woda była przejrzysta jak szkło, ryby ostrożne, a wszystko rozegrało się w ostatnich czterdziestu minutach.

Pierwsza dwudziestka sezonu przyszła w najgorszą pogodę
Padało od rana, ciśnienie spadało, a wszyscy mądrzy ludzie siedzieli w domu. Czasem warto być tym niemądrym.
